Menu główne

Wspomnienia absolwentów o naszej szkole

Janusz Sieklucki, maturzysta z roku 1952
Przewrotny los
            Zakwitły kasztany, zbliżała się matura, a zatem najwyższy czas, żeby wziąć się za naukę. Oprócz egzaminu pisemnego z języka polskiego i z matematyki, trzeba było zdać ustny, w ciągu jednego przedpołudnia z pięciu przedmiotów: polskiego, matematyki, fizyki, historii i tzw. nauki o Polsce. O ile z czterech przedmiotów byłem jako tako przygotowany, a z polskiego, po udanym pisemnym, liczyłem nawet na piątkę, to moją piętą achillesową była matematyka.

Profesor Andrusiw, nauczyciel tego przedmiotu, podał nam wprawdzie do rozważenia 150 tematów i zadań, które warto sobie przyswoić, ale nie znalazłem na to czasu, licząc na szczęśliwy los. Sumienie ruszyło mnie dopiero w piątek wieczorem, w przeddzień egzaminu ustnego. Odwiedziłem zatem swego przyjaciela Staśka Gronkiewicza i poprosiłem go, żeby przerobił ze mną chociaż trzy tematy, po jednym z każdego działu.

            W sobotę, 31 maja, punktualnie o ósmej rano, stawiliśmy się ze Staśkiem przed wysoką komisją. Na wstępie poprosiłem dyrektora Wł. Vitka o pozwolenie na zdawanie najpierw matematyki. Był mocno zdumiony, wiedział przecież o moich „matematycznych zdolnościach”.  Zgodził się, lecz na wszelki wypadek wyszedł z sali, żeby nie być świadkiem mojej klęski. Gdy wyciągnąłem kartkę z trzema pytaniami, o mało nie spadłem z krzesła. Z radości. Otóż pierwsze zadanie było tożsame z jednym z trzech, jakie wczoraj przerobiliśmy ze Staśkiem. To przyprawiło mi skrzydła. W ekspresowym tempie rozwiązałem zadanie na tablicy, a z rozpędu, zamiast wyciągać pierwiastek, od razu podałem znany mi wynik: 44. Tym postępkiem wprowadziłem prof. Andrusiwa i całą komisję w jeszcze większe zdumienie. Na szczęście egzaminator nie był zbyt dociekliwy. Dwa następne zadania, przy jego dyskretnej pomocy, udało mi się rozwiązać i zasłużyć na trójkę.

Ale nie był to bynajmniej koniec mojej maturalnej przygody. Przykra niespodzianka spotkała mnie, gdy wyciągnąłem pytania z polskiego, w którym to przedmiocie czułem się tak mocny. Moja pycha została ukarana, gdyż nie potrafiłem sensownie wypowiedzieć się w kwestii: „co poeta chciał przez to powiedzieć”, w komedii „Fircyk w zalotach” Franciszka Zabłockiego. Ponieważ nie miałem o tym zielonego pojęcia, plotłem trzy po trzy, tyle co dało się wysnuć z tytułu utworu. Ale nie miało to żadnego związku z właściwą odpowiedzią. Tylko dzięki wyjątkowej przychylności mocno rozczarowanego polonisty prof. Pajączka, którego byłem faworytem, zawdzięczam czwórkę na świadectwie maturalnym.

            Morał z tego taki, że przystępując do egzaminu, nigdy nie należy być pewnym, ani

klęski, ani tym bardziej sukcesu, bo los potrafi znakomicie odwrócić spodziewaną sytuację.  Tak też się stało.                                  

Aktualności

Kontakt

  • Liceum Ogólnokształcące im. Bogusława X w Białogardzie
    ul. Grunwaldzka 46
    78-200 Białogard
  • stacjonarny: 94 312-23-31
    komórkowy: 519 849 355

Galeria zdjęć